Skocz do zawartości

WITAMY NA FORUM

KONKURSY

Wrzucaj zdjęcia i bierz udział w naszych cyklicznych konkursach, awansuj do Konkursu Finałowego z dużą pulą nagród!
ZOBACZ

SYSTEM LOJALNOŚCIOWY

Zbieraj punkty i wymieniaj na forumowe nagrody. Kolekcjonuj trofea i odznaczenia w zamian za aktywność.
ZOBACZ

ZŁOWIONE PRZEZ FANATYKÓW

Dodaj, oglądaj i oceniaj zdjęcia ze złowionymi rybami.
ZOBACZ

GALERIA

Dodaj swoje zdjęcia i twórz albumy.
ZOBACZ

  • Historia Wędkarstwa – Wędkarstwo dawniej

    Przypominam sobie jak wyglądało wędkarstwo 25 lat temu…

    Zacznę od napisania kilku słów na temat tego jak wędkowanie wyglądało ćwierć wieku temu. W tamtym okresie panował inny światopogląd, istniał inny sprzęt, a nas otaczały zupełnie inne realia. Mentalność wędkarzy jak i całego rynku wędkarskiego zmieniła się diametralnie, a ja dziś wspominając opiszę tutaj własnymi słowami jak to wyglądało z mojego punktu widzenia.

     

    Pierwsze rybki zacząłem łowić na Warszawskim odcinku Wisły w wieku 6 lat na lekkiego bambusa pod okiem mojego ojca. Z biegiem czasu nauczyłem się starych wiślanych metod spławikowych, czyli przystawki i przepływanki, które okazały się mega skuteczne. Obecnie mam 37 lat, czyli już 31 lat doświadczenia. Wisła zresztą do dziś jest moim priorytetowym łowiskiem, które regularnie odwiedzam z wędką.

    Skoro jesteśmy przy wędkach to nie sposób zapomnieć jakich wtedy wynalazków używałem. Otóż w tamtych czasach dla skromnej rodziny zdobycie firmowego, lepszej jakości „kija” stanowił problem nie do przeskoczenia. Królowały ciężkie, szklane „wędki” teleskopowe przywożone zza wschodniej granicy. Kupowano je na bazarach lub stadionie x-lecia. Z tego co pamiętam nikt wtedy nie myślał nawet o feederze lub lepszym spinningu. Wędki węglowe były w tak kosmicznych cenach, że stać na nie było tylko nielicznych.

    Kołowrotki też kupowało się od ruskich, najczęściej były to plastikowe podróby, które często zawodziły w najważniejszych momentach. Do tego częste awarie hamulca, plątanie żyłki, odpadające elementy – z tym wszystkim musiało zmagać się większość wędkarzy w tym również i ja. Pomijam legendarne REXy, które pojawiły się jeszcze wcześniej, bo był to sprzęt nie do zdarcia. Mój starszy posiadał takiego jednego. Pamiętam, że był ciężki i miał oldschool’owy, brzydki design. Pracował za to równo, lecz ociężale. Dziś to już zabytek.

    Akcesoria i przynęty można było zdobyć w sklepach wędkarskich, których na szczęście już wtedy nie brakowało. Część sklepów w których się zaopatrywałem już nie istnieje. Centralą była oczywiście giełda wędkarska umiejscowiona przy siedzibie PZW na ul. Twardej w Warszawie. Można było tam kupić np. białe robaki na łyżeczki lub rosówki na sztuki. Zapytacie jak to możliwe, że „na łyżeczki”? Po prostu, było stoisko na którym w skrzyneczkach wiły się grube białe robaki. Podchodziło się ze swoim pudełkiem, a sprzedawca małą łyżką do herbaty nakładał porcje. 🙂 Białe zresztą stanowiły wtedy pewien rarytas. Większość wędkarzy preferowało czerwone robaki wykopywane samodzielnie lub przynęty naturalne tj. pęczak lub ciasto z kaszy. Co do kopania robaków to był to mój stały element przygotowania do wyprawy. Miałem swoje miejscówki blisko domu na które ojciec regularnie mnie wysyłał. Oczywiście wracałem z pełnym pudełkiem świeżutkich czerwonych, które następnego dnia lądowały na haku.

    Pierwsze duże ryby tj. leszcze, jazie i certy łowiłem na Warszawskiej Wiśle. W wieku 10 lat razem z ojcem jeździliśmy na odcinek przy ul. Karowej przy moście śląsko-dąbrowskim gdzie na metodę „przepływanka” wyciągaliśmy bardzo duże ilości ryb. Oczywiście na miejscówkę trzeba było jechać najpóźniej o 3 rano, a czasami zostawaliśmy i na noc. Wyobraźcie sobie ok. 50 wędkarzy jeden obok drugiego, każdy łowi na przepływankę, wszyscy na stojąco i każdy co chwilę wyciąga dużą rybę. Królowały leszcze, obok jazi i cert. Tak sobie myślę, jak ja dawno nie złowiłem już certy na Warszawskim odcinku Wisły. A kiedy miałem 10-12 lat wyłowiłem się ich za wszystkie czasy… Zdarzały się przyłowy tj. klenie, sandacze oraz sumy. Z sumami były same problemy, jeśli już komuś się trafił to gość miał praktycznie po łowieniu. Zdarzało się, że musiał biegać z zapiętym olbrzymem wzdłuż brzegu przez kilka godzin, przy okazji wkurzając innych wędkarzy, którzy z niechęcią ustępowali mu miejsca.

    Złów i wypuść 25 lat temu?

    Czy ktoś wtedy myślał o jakimś wypuszczaniu ryb? Czy ktoś słyszał o jakiś zasadach „złów i wypuść”? Wypuszczano tylko te „za małe”. Wszystko lądowało do wora i nie ma czego tu ukrywać. Inne realia, inne czasy. Niemal każda wyprawa kończyła się dużą michą ryb, które były dzielone dla całej rodziny, sąsiadek i znajomych. I nikomu nie przeszkadzało, że w Wiśle pływały syfy, a ryby śmierdziały fenolem. 25 lat temu nikt nawet nie słyszał o zasadach etycznych, C&R itp. Zrozumcie zanim skrytykujecie. Szczególnie kieruję te słowa do nowych „internetowych” wędkarzy.

    Przy okazji przypomniał mi się śmieszny, ale niebezpieczny epizod. Jak wspomniałem wcześniej łowiliśmy przy moście śląsko-dąbrowskim. Nagle zatrzymuje się z piskiem auto, wyskakuje jakiś gość i … skacze. Skoczył z mostu, wypłynął i jak nigdy nic wyszedł bez słowa na brzeg i pobiegł z powrotem na górę. Moje zdziwienie i innych wędkarzy było przeogromne.

    Jeszcze jedna sytuacja, śmieszna, ale pouczająca zarazem, szczególnie dla nieprzychylnych i zazdrosnych pseudo wędkarzy. To było już nieco później, miałem ok. 14 lat. Byłem z dwoma kumplami również przy śląsko-dąbrowskim, ale nie łowiliśmy na przepływankę, tylko ustawiliśmy się na bulwarze, tam gdzie woda zawsze krążyła. Tam również, szczególnie wiosną przy wysokiej wodzie można było ładnie połowić. Oczywiście w trójkę wcisnęliśmy się między dziadków, pamiętam, że szło mi bardzo dobrze, w przeciwieństwie do jednego z dziadków, którego krew zalewała, że małolat łowi a jemu nic nie bierze. W pewnym momencie dziad nie wytrzymał i zarządał pokazania karty wędkarskiej. Jako małolat wiedziałem, że do sprawdzania karty są uprawnione tylko specjalne jednostki, ale postanowiłem zagrać mu na gulu i pokazałem mu wspomnianą kartę. Jakież było jego zdziwienie, w końcu byłem małolatem i praktycznie mało kto z moich rówieśników taką kartę posiadał, a ja miałem już wtedy młodzieżówkę. Dziadek więc był niemal pewny, że nie mam dokumentu. Po tym jak mu ją pokazałem, nie odezwał się już słowem, a reszta starszych wędkarzy miała z niego też niezłą polewę. Od tamtej pory łowiłem już ze starszymi jak równy z równym.

    wedel1.jpg

    Odwiedzałem też wiele innych łowisk tj. kanał żerański, jeziorko kamionkowskie czy zalew zegrzyński. Był to okres w którym łowiłem głównie metodą spławikowo – gruntową. Nie było mnie stać na dobry sprzęt spinningowy, a kiedy już udało mi się zakupić kilka Mepssów, pielęgnowałem je i bałem się na nie łowić, aby ich nie zerwać. Z czasem zacząłem częściej spinningować, głównie na rozlewiskach bugu, gdzie łowiłem pierwsze szczupaki i okonie. Jednak najwięcej czasu, głównie w okresie letnim spędzałem nad mała mazowiecką rzeką. To tam nauczyłem się samodzielności, szacunku do przyrody oraz obserwacji wody i nowych technik wędkarskich. To na tej rzece łowiłem pierwsze jazie i klenie metodą powierzchniową na owady, głównie koniki polne. Klenie i jazie uwielbiam łowić do dziś, wolę je niż szczupaki i okonie. Podobnie z przynętami. Dziś sięgam przede wszystkim po woblery, które są na pierwszym miejscu przed gumami. 

    16-lat-rzadza.jpg

    Na jeziorku kamionkowskim przy Wedlu łowiłem w wieku 11-12 lat pierwsze karpie i karasie. Zawsze zabierałem ze sobą spławikówkę i gruntówkę z zestawem na sprężynę. Zanętą i przynętą zarazem była zwykła bułka lub białe robaki. Z kamionkiem mam pewne spomnienia związane ze szkołą. Często jeździłem tam na wagary przemycając wędkę w plecaku. Pewnego miesiąca przeholowałem i zamiast do szkoły przez ok. 2 tygodnie jeździłem na ryby. Starszy dowiedzieli się o tym dopiero na zebraniu w szkole…

    port-praski.jpg

    Port Praski to kolejna miejscówka chętnie przeze mnie odwiedzana w młodzieńczych latach. To tutaj łowiłem pierwsze ładne płocie, ale też karasie na spławik.

    Kanał żerański był łowiskiem na którym łowiłem okonie na błystki obrotowe, głównie mepssy. Gumy nie były jeszcze wtedy bardzo popularne, dopiero później weszły małe główki i mikro-przynęty.

    Na kanale w młodym wieku łowiłem też ładne leszcze na spławik. Na haczyk zakładało się kulę z kaszy mannej, którą samemu się przygotowywało. Na taką pajdę brały tylko duże leszcze. Zestaw rzucony był blisko brzegu, a przynęta musiała znajdować się na dnie. Kasza swego czasu była na kanale naprawdę skuteczna, przewyższała nawet zwykłe białe robaki. Dziś tą metodę zastąpiły lekkie zestawy i baty.

    Jak widzicie wędkarstwo 25 lat temu wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Moim zdaniem gorzej pod względem mentalnym, ale lepiej pod względem ilości ryb. Sprzęt od którego niemal zawsze bolała mnie ręka i plastikowe, tandetne ruskie kołowrotki kontra dzisiejsze lekkie węglowe wędki i precyzyjne kręcioły. Nie wiem co bym wolał gdybym miał możliwość wyboru. Czy dzisiejszy sprzęt i obecny rybostan, czy tamte rzęchy i tamte ryby? Warte zastanowienia.

    W każdym razie dzisiejsza młodzież ma o wiele łatwiej i to nie tylko w kwestii wędkarstwa. Sprzęt i technika poszły tak szybko do przodu – to dobrze. Za nie duże pieniądze w sklepach wędkarskich można zakupić fajny, lekki sprzęt do nauki, nie martwiąc się zbytnio o jego ew. uszkodzenia.

    Pozdrawiam.




    Opinie użytkowników


    Super to wszystko opisałeś. Ja zaczynałem nieco później ale twój obraz i opis uzmysłowił mi jak to było kilka lat przed tym jak ja zacząłem. Podobnie wyglądało to w moim przypadku, lecz mnie nie miał za bardzo kto uczyć wędkarskiego kunsztu. Smykałkę zaszczepił mi wujek kiedy miałem około 8 lat. Pamiętam do dzisiaj pierwszą wyprawę, kiedy przez cztery kilometry jechaliśmy na rowerach o 2 w nocy. Wisła była wtedy podwyższona i choć nie łowiłem, to obserwowałem wszystko dokładnie. Pamiętam te szklane wędki teleskopowe. Szklane spiningi z plastikowymi rączkami. Ciężarki na grunt odlewane w łyżce stołowej.  Właśnie tego jednego dnia wuj złowił suma 70cm i dwie ogromne brzany. Obraz tego dnia, pamiętam do dzisiaj. 

    Po tym okresie pamiętam, że bardzo napaliłem się na wędkarstwo. Co miesiąc kupowałem gazety wędkarskie. Ojciec zrobił mi własnoręcznie stołek wędkarski ze sklejki i rurek aluminiowych. Od wuja dostałem właśnie ciężką ruską teleskopową spławikówkę z logiem Daiwy (fota nr.2). Miała ponad cztery metry ale dolnik miała gruby jak rura od odkurzacza i faktycznie po godzinie łowienia ręce opadały z sił. Pierwszym moim kołowrotkiem, który sam kupiłem był Dam Quick RD 60. Pamiętam, że wydałem na niego sporo pieniędzy. Większość sprzętu w tamtym okresie i tak dostawałem pod choinkę właśnie od wuja. Co prawda jestem młodszy i kiedy ja zaczynałem, to robaki można było już kupić w wielu sklepach. Pomimo tego, właśnie wuj nauczył mnie parzenia płatek, robienia kaszy czy pęczaku. Ryb było wtedy znacznie więcej ale i wędkarzy było mniej a woda w rzece była głębsza.

    Piękne czasy, więc pokaże w twoim wątku też moje zdjęcia ze starych lat a po jakimś czasie chyba sam napisze jak to dokładnie wyglądało z mojej perspektywy.

    Jeszcze raz brawo za taki konkretny opis 👏

    1493608032_kana1.jpg.3358dddd91c98811ec7f9bb6acddb99e.jpg

    1708207301_kana4.jpg.8901ec66b01c6c635ef70cfc7b8da4ae.jpg

    1190449207_kana10.jpg.22ed069f7a4301dad715b5364643c306.jpg

    Podziel się komentarzem


    Odnośnik do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Wspomnień czar! Zawsze fajnie pooglądać stare zdjęcia wędkarskie, niestety ja z tych młodych lat mam niewiele, wychowałem się jak nie było komórek, a aparaty były na kliszę, hehe.

    Podziel się komentarzem


    Odnośnik do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Moje zdjęcia są również z kliszy. Mam jeszcze kilka ale zostawię je na inne artykuły 🙂

    Podziel się komentarzem


    Odnośnik do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

×

Powiadomienie o plikach cookie